Anna Wąsik

Terapia EMDR w czasach niepokoju.

„Śniłam dzisiaj, że wojna zaczęła się w Polsce. Wszystkie te obrazy, które niosą nam media z Ukrainy, stały się moją rzeczywistością. I świadomość, że znany świat całkowicie został utracony.”

Wiele już słyszałam w gabinecie opowieści o takich snach od czasu inwazji na Ukrainę. Zazwyczaj sny te bywają męczące, generują lęk, wzmacniają niepokój i pozostawiają za sobą mroczny klimat. Nie są to sny chciane. Są jednak bardzo potrzebne. W nasz układ nerwowy wpisany jest naturalny mechanizm radzenia sobie z tym, co trudne. Mechanizm ten uruchamia się w nocy, kiedy śpimy, w czasie fazy snu zwanej REM. Działa, czy tego chcemy, czy nie. W czasie czuwania, dzięki aktywności fizycznej i poznawczej, nie musimy angażować się w trudne treści. Stosujemy wiele uników, by nie konfrontować się z tym, co niewygodne, generuje niepokój, silne emocje. Służą temu mechanizmy obronne. Pozwalają nam, z jednej strony względnie normalnie funkcjonować w kryzysie, z drugiej jednak, odsuwają możliwość poradzenia sobie z nim. I wtedy, w nocy, włącza się naturalne przetwarzanie. W czasie fazy REM, intensywny ruch gałek ocznych, pobudza przepływ impulsów między emocjonalną, zmysłową prawą półkulą a racjonalną, logiczną lewą półkulą. Dzięki temu, trudne wydarzenie zostaje przetworzone i włączone w obszar doświadczeń. Zdarza się jednak, że proces ten się blokuje albo nie jest wystarczający. Zazwyczaj objawia się to w intruzywnych, niechcianych myślach i obrazach oraz w nieadekwatnych, wygórowanych reakcjach emocjonalnych. Oznacza to, że proces przetwarzania należy wzmocnić. W terapii EMDR głównym etapem jest pobudzanie przetwarzania – dzieje się to w relacji z terapeutą. Relacja terapeutyczna, z jednej strony jest relacją ze specjalistą, z drugiej strony jest realnym związkiem z człowiekiem, który życzliwie towarzyszy przeżyciom, pozwala emocjom płynąć, patrzy razem z klientem na obszar jego przeżyć. W ten sposób leczy się trauma – w konfrontacji z tym, co niesie zdarzenie traumatyczne, w relacji z życzliwym człowiekiem. Przetwarzanie trudnego doświadczenia może być przytłaczające i wymaga czasu. Precyzyjne określenie czasu, który potrzebny będzie na poradzenie sobie z pojedynczym wydarzeniem, nie jest możliwe. Zdarza się, że już po pierwszej sesji odczuwalna jest wyraźna ulga. Bywa jednak i tak, że konkretne zdarzenie będzie wymagało kilku, albo kilkunastu spotkań. Żeby móc znieść ten proces, konieczne są zdolności zadbania od siebie, umiejętność samoukojenia i przyniesienia sobie chwilowej ulgi. W tym procesie też pomocne jest EMDR.

Oprócz przetwarzania, które zawsze musi się odbywać w specjalistycznej terapii, EMDR proponuje praktyki, które służą chwilowemu przyniesieniu ulgi, stabilizacji. Jest to szczególnie istotne w sytuacji, gdy zdarzenie traumatyczne trwa w czasie. Takim zdarzeniem była pandemia, takim zdarzeniem jest też wojna w Ukrainie. Metody stabilizacji stosowane w podejściu EMDR można stosować samemu, wtedy, kiedy czujemy potrzebę zadbania o siebie. Wcześniej jednak warto nauczyć się tego w kontakcie ze specjalistą.

„Uścisk motyla” jest metodą, którą z EMDR zapożyczyły inne podejścia (np. fizjoterapia, totalna biologia, czy emotional aid). Można go wykonywać samodzielnie – instrukcja dostępna jest w Internecie. Technikę tę pokazywał między innymi książę Harry, jako jego osobisty sposób redukcji napięcia.

Instrukcja do ćwiczenia:

„Ćwiczenie możesz wykonywać w pozycji stojącej lub siedzącej. Zadbaj o to, żeby było ci wygodnie, bezpiecznie, na tyle na ile jest to teraz możliwe. Skup się przez chwilę na swoim ciele i samopoczuciu. Spróbuj ocenić poziom swojego pobudzenia, dyskomfortu w skali od 0 do 10, gdzie 0 oznacza spokój, neutralność, brak dyskomfortu, a 10 maksymalny poziom pobudzenia jaki kiedykolwiek odczuwałeś. Zapamiętaj lub zapisz liczbę, która określa poziom twojego dyskomfortu. Obejmij swoje ramiona rękoma. Sprawdź, na jakiej wysokości jest ci najwygodniej trzymać ręce. Możesz zamknąć oczy. Otwartymi dłońmi, powoli i delikatnie, dotykaj naprzemiennie swoich ramion. Zupełnie tak, jakby dotykały cię skrzydła motyla. Możesz zmniejszać i zwiększać siłę dotyku, przyspieszać lub spowalniać. Ważne, żeby dotyk był stosunkowo wolny, delikaty i naprzemienny. Wykonaj od 6 – 10 takich dotknięć. Następnie zrób kilka głębokich wdechów i wydechów. Ponownie obejmij się ramionami i wykonaj 6 -10 dotknięć, a potem kilka wdechów i wydechów. Powtórz tę procedurę trzykrotnie. Możesz też wykonać więcej powtórzeń. Po zakończeniu ćwiczenia ponownie zmierz poziom swojego dyskomfortu w skali od 0 do 10 i zobacz, co się zmieniło”.

Uścisk motyla można wykonywać w chwilach zwiększonego niepokoju. Ćwiczenie to nie ma charakteru terapeutycznego, jego efekt nie będzie się więc długo utrzymywał. Jego zadaniem jest przynieść chwilową ulgę. Poczuć się przez chwilę dobrze i bezpiecznie, dać swojemu układowi nerwowemu chwilę wytchnienia. Wtedy lepiej będzie sobie radził z kolejnymi wyzwaniami. Uścisk motyla można też wykonywać w drobnych chwilach przyjemności i szczęścia, np. kiedy czujemy przyjemne ciepło wiosennego słońca na twarzy, kiedy pijemy dobrą herbatę, jemy pysznego cukierka albo bierzemy kąpiel. W takich chwilach ćwiczenie to wzmacnia pozytywne odczucia, instaluje je w naszym mózgu, budując w ten sposób barierę ochronną przed trudnymi doświadczeniami. To, co szczególnie istotne w tego typu ćwiczeniach, to wychwytywanie i wzmacnianie pozytywnych doświadczeń, które są dla nas dostępne nawet w najgorszym czasie.

Kolejną metodą, która pomaga w procesie stabilizacji, to procedura Bezpiecznego Miejsca. Wymaga ona wprowadzenia i zainstalowania przez specjalistę w procesie EMDR.

Posted by Anna Wąsik in EMDR, 0 comments

Return to innocence – konceptualizacja w terapii EMDR

Przekonanie negatywne, w którym utykamy, ma swoją historię. Historię tę otwiera pytanie „Kiedy nauczyłeś się tak myśleć o sobie?”. Zdarza się, że odpowiedź  pojawia się do razu i wiemy dokładnie od czego trzeba zacząć. Czasem jednak słyszę – „Mam tak do zawsze”. Wtedy wiem, że zaczęło się bardzo wcześnie. I tu rozpoczyna się przygoda, podróż, w którą zabiera nas pacjent. Podróż wstecz. Takie „return to innocence”. Jak odtwarzanie filmu wspak. A podróż ta zaczyna się od negatywnego przekonania i pytania: „Kiedy ostatnio tak myślałeś o sobie?” Gdy powrócimy do ostatniego wspomnienia związanego z podobny odczuciem, zastanawiamy się, co nam to przypomina. Czy kiedyś czułeś się podobnie? Jakie inne zdarzenia przypominają ci się, gdy w ten sposób myślisz? Początkowo we wspomnieniach panuje chaos – pojawiają się te z niedalekiej przeszłości i te bardzo odległe. Zdarza się, że wspomnienie dotyczy czegoś, co nie wiadomo, czy było rzeczywiście przez nas zapamiętane, czy opowiedziane przez członka rodziny. Bywa i tak, że wspomnienie należy do kogoś innego, ale bardzo nas porusza – tak, że przyswajamy je jako własne. Prowadzenie wywiadu i szczegółowe zapiski pozwalają uporządkować tę bardzo osobistą, często dramatyczną historię. W trakcie wspólnej podróży może zdarzyć się, że poruszy się wspomnienie, które aktywuje inne przekonanie niż to, o którym rozmawialiśmy pierwotnie. Okazuje się, że mamy do czynienia z plątaniną ścieżek. W terapii EMDR nazywamy je kanałami. W procesie budowania konceptualizacji, każdą ze ścieżek traktujemy oddzielnie. Zupełnie, jak gdybyśmy rozplątywali i układali poskręcane ze sobą przewody. To żmudny i wymagający czasu proces. Jest on jednak kluczowym etapem terapii. Jeśli zrobimy go dokładnie i z uważnością, jest szansa, że sam proces przetwarzania będzie przebiegał gładko i bez zakłóceń. Jeśli jednak poświęcimy mu zbyt mało uwagi, możemy wspólnie utknąć w labiryncie wspomnień i objawów, co w efekcie będzie wymagało powrotu do etapu konceptualizacji i cofnie nas w tył. Etap ten nie tylko przygotowuje do przetwarzania, ale sam w sobie jest już terapeutyczny. Prowadzi do lepszego rozumienia siebie, co przynosi ulgę i często współczucie dla samego siebie. Pacjent zaczyna widzieć, jaki ma trudny los i jako oczywisty przyjmuje fakt, że mógł się w tym pogubić. Zrozumiałe staje się wtedy poczucie utknięcia. Zazwyczaj pojawia się też silna potrzeba uwolnienia, nadzieja na zmianę, a motywacja do terapii się zwiększa.

Posted by Anna Wąsik in EMDR, 0 comments

To, co o sobie myślisz staje się tobą – rola przekonań w terapii EMDR

Nasze doświadczenia przynoszą nam subiektywną wiedzę na temat świata, ludzi i nas samych. Kiedy rodzice małego dziecka opiekują się nim z troską i miłością, w dziecku rodzi się przekonanie – „Jestem ważny”. Kiedy rodzice chętnie słuchają, co dziecko ma do powiedzenia, są zainteresowani jego odbiorem świata, dziecko uczy się, że to co czuje i jak myśli, jest w porządku. Jeżeli dziecko doświadcza bezpieczeństwa, a jego potrzeby są zaspakajane przez dorosłych, nabywa przekonania, że świat jest bezpieczny i pełen dóbr. Te nabyte wcześnie przekonania dziecko potwierdza potem w toku swojego życia. Jeśli ma poczucie, że „jest ok”, chętnie nawiązuje relacje. Jeśli czuje, że jest ważne i jego potrzeby są ważne, potrafi po nie sięgać i może się realizować w świecie. Jeśli czuje, że świat i ludzie są bezpieczni, nie boi się wyzwań. Czasami jednak dzieje się inaczej. Zdarza się, że opieka rodzicielska, z różnych powodów, nie pozwala na stworzenie poczucia bycia ważnym i poczucia bezpieczeństwa. Zdarza się też, że jakieś wydarzenie na ścieżce życia zaburzy poczucie bezpieczeństwa i zbuduje nowe przekonanie: „nie mogę się czuć bezpiecznie”, „muszę uważać’, „muszę być czujny”. Tak się dzieje, kiedy np. ulegniemy wypadkowi samochodowemu. Prowadzenie samochodu nie będzie już tak swobodne, jak przed wypadkiem. Może w ogóle stać się niemożliwe. Może zdarzyć się tak, że czerwony kolor (samochodu, który w nas wderzył), tramwaj (z którym mieliśmy kolizję), będzie wywoływał nieuzasadniony lęk i czujność. Takie doświadczenia, zarówno te z kręgu wczesnej opieki rodzicielskiej, jak i traumatycznego zdarzenia, budują w nas nowe przekonania, które potem potwierdzamy w toku życia. Czasem przekonanie to jest wyraźne i blisko naszej świadomości. Czasem trzeba je wyłowić i nazwać. Jeśli trochę już żyjemy na tym świecie, to okazuje się, że pewne przekonania rosną razem z nami i towarzyszą nam w rozumieniu wielu doświadczeń. Najczęściej są ograniczające, powodują cierpienie. Negatywne przekonanie jest irracjonalne i samokrytyczne wobec „ja”. Kiedy myślisz o nim tu i teraz, czujesz, że jest prawdziwe, aktualne i generuje silne emocje. Odnosi się do wielu sytuacji z twojego życia, od czasu, gdy się w tobie narodziło. Może dotyczyć obszaru twojej odpowiedzialności, bezpieczeństwa, podatności na skrzywdzenia, ale też siły i kontroli. Stajesz się takim, jakim określają cię twoje przekonania. Tak więc zamiast być beznadziejnym studentem, stajesz się po prostu beznadziejny. Zamiast być za słabym, żeby obronić się przed napastnikiem, jesteś ogólnie za słaby wobec czegokolwiek. Zamiast zasługiwać na konsekwencję swojego konkretnego czynu, zasługujesz w ogóle na potępienie. Zamiast być bezradnym wobec agresji rodzica, jesteś w całości bezradny wobec świata.

Praca z przekonaniem czasem przypomina detektywistyczną zagadkę, a zaczyna się od bieżącego problemu, z którym przychodzi pacjent. Kiedy na pierwszym spotkaniu opowiada mi swoją historię, pytam „Co to mówi o tobie?”. Potem pytam „A co chciałbyś myśleć o sobie?” Nazywamy w ten sposób przekonanie negatywne i próbujemy znaleźć dla niego pozytywną alternatywę. Zdarza się, że nie jest to proste. Jeśli ktoś przez całe życia doświadcza własnej słabości i niemocy, to myśli o sobie „Jestem słaby”. To silne przekonanie. Bardzo trudno wtedy wyobrazić sobie, że „Jestem silny”. To wydaje się być niemożliwe do osiągnięcia. Może wystarczy wtedy przyjrzeć się przekonaniu „Mogę być silny” albo „Mogę być wystarczająco silny”, „Jestem wystarczająco silny”. Dlaczego zbudowanie realnego pozytywnego przekonania jest tak ważne? W pozytywne przekonanie wkładamy swoje nadzieje i pragnienia. A to prowadzi nas do przyszłości, do zdrowia i do szczęścia. Jest drogowskazem, „światełkiem w tunelu”. Pozwala wydobyć się z utknięcia. To nadzieja na zmianę, na inny sposób myślenia o sobie i o świecie. Jeśli w sobie tego nie odnajdziemy, nasz umysł nie będzie potrafił znaleźć drogi wyjścia z zamkniętego kręgu negatywnych przekonań.

Posted by Anna Wąsik in EMDR, 0 comments

Od tego, co teraz, do tego, co kiedyś – czyli, jak zaczyna się terapia EMDR.

Terapia EMDR dedykowana jest szczególnie osobom, które w swoim życiu doświadczyły traumy i mają trudność we włączeniu tego wydarzenia w obszar swoich ogólnych doświadczeń. Trauma jest czymś znacznie bardziej powszechnym, niż nam się wydaje. Nie jest tak bardzo istotne samo wydarzenie, chociaż są takie doświadczenia, które u większości osób będą powodowały przynajmniej czasowe zaburzenia funkcjonowania. Istotna jest nasza reakcja na doświadczenie, które nas spotyka. Trauma wiąże się ze stratą: obrazu siebie, obrazu innych, świata, poczucia bezpieczeństwa, niewinności. Często towarzyszy jej poczucie niezrozumienia i nieadekwatności. Razem z wydarzeniem traumatycznym coś się bezpowrotnie kończy. Ludzie, którzy doświadczyli traumy, dzielą swoje życie na to „sprzed” i na to „po”. Istnieją jeszcze innego rodzaju traumy, które nie stanowią pojedynczego zdarzenia, od którego wszystko się zaczęło. To doświadczenie, które towarzyszy nam „od zawsze”. Które powtarza się, jak mantra przez różne okresy naszego życia. Są to doświadczenia z wczesnego okresu życia, powiązane z jakością relacji z opiekunami. Zdarza się, że z przemocą, porzuceniem, zaniedbaniem fizycznym lub emocjonalnym, a najczęściej emocjonalną niedostępnością opiekuna. Wiele osób, które obecnie mają około 40 lat, z niczyjej winy doświadczyło takiej traumy. Wcześniaki, małe dzieci hospitalizowane na oddziałach, w czasach, gdy rodzicom nie wolno było im towarzyszyć. To dzielne dzieci, które nauczyły się, że świat nie jest bezpieczny, że w nocy trzeba być czujnym, że nie ma co płakać, bo nie zjawi się nikt, kto pocieszy, że trzeba sobie radzić sobie samemu i nie prosić o pomoc. Nikt nie twierdzi, że świadomie pamiętamy wydarzenia z wczesnego dzieciństwa, które wiążą się ze stratą, jeżeli przez słowo „pamiętać” rozumiemy to, że potrafimy w swoim umyśle przywołać obraz matki opuszczającej nas w kołysce. Zamiast tego obrazka pozostaje świadomość tego, jak musieliśmy się czuć będąc w potrzebie, bezsilni, opuszczeni. Kiedy strata wydaje się czymś trwałym, pojawia się przygnębienie i rozpacz, a także odpowiedzialność – „To przez mnie”, „Mnie nie można kochać”, „Nie jestem wart miłości”. Pojawia się także brak nadziei – „Nic nie da się zrobić”, „Tak już będzie zawsze”. Odpowiedzialność jest efektem uczenia się czegoś o świecie i o sobie samym na podstawie doświadczeń, budując przekonania, które potwierdzamy w toku naszego dalszego życia. Badania pokazują, że straty, których doświadczamy we wczesnym dzieciństwie, czynią nas wrażliwymi na każdą stratę, której doświadczymy w przyszłym życiu. Tak więc, w połowie życia, naszą reakcją na śmierć, rozwód, utratę pracy, dorastanie i usamodzielnianie dzieci, może być poważna depresja. A każde wyjście czy wyjazd domownika i jego spóźnienie, może owocować atakiem paniki. Są to reakcje bezbronnego, bezradnego i przepełnionego złością dziecka. Bieżące doświadczenia wrzucają nas z powrotem w doświadczenie małego dziecka, pobudzając przekonanie, którego nabyliśmy dawno, dawno temu.

Powodem do poszukiwania terapeuty EMDR może być świadomość doświadczonej traumy – wtedy sytuacje jest dość prosta. Wiemy od czego zacząć, wiemy co się wydarzyło i jakie to doświadczenie ma wpływ na nasze aktualne funkcjonowanie. Wiemy np. że rok temu zdarzył się wypadek, w którym uczestniczyliśmy i od tego czasu boimy się jeździć samochodem, wychodzić na ulicę, mamy też problemy ze spaniem. Dobrym powodem do rozpoczęcia terapii EMDR jest też doświadczanie objawów: lęku, smutku, poczucia niespełnienia, bólów somatycznych, które wydają się nadmierne, nieadekwatne, a przede wszystkim zakłócające funkcjonowanie i powodujące dyskomfort. Te odczucia z pewnością mają swoje zakryte źródło. W tej sytuacji, pierwszy etap terapii będzie polegał na wspólnym poszukaniu tego źródła, lub przynajmniej do zbliżenia się do niego tak bardzo, jak pozwala na to pamięć i wiedza o swoim losie.

Tak więc punktem wyjścia zawsze jest teraźniejszość i bieżące problemy, które rozpoczynają fascynującą choć niezwykle trudną podróż wstecz.

Posted by Anna Wąsik in EMDR

Duchy z dziecięcego pokoju.

 

Kwiat lotosu zapuszcza swoje korzenie głęboko pod wodą, w mule. Ziarenko kiełkuje żywiąc się tym, co wydaje się odpadkami i brudem opadłym na dno jeziora. Następnie przebija się przez wodę i na jej powierzchni tworzy nieskazitelny, piękny kwiat, symbol doskonałości i odrodzenia.

Tak, jak lotos nie mógłby rozkwitnąć bez swojego początku w brudzie i błocie, tak prawdziwe człowieczeństwo i rozwój osobisty nie może istnieć bez trudu, mozołu i cierpienia. Nasiono – potencjał czegoś pięknego, tkwi uśpione pod mułem naszego jeziora. Może tam przeleżeć zapomniane i ignorowane przez resztę życia. Błoto to symbol naszej ciemnej strony – wszystkich trudnych, kłopotliwych emocji jak: gniew, pożądanie, zazdrość, lęk, przerażenie. Zwykle chcemy się ich pozbyć lub je zmienić, ale nie jest to łatwe, gdyż te wzorce emocjonalne są częścią naszego
rozwiniętego umysłu i są w nas głęboko zakorzenione na skutek gatunkowej walki o przeżycie i instynktu prokreacji. Jezioro symbolizuje głębię naszej duszy, a jego powierzchnia to granica między naszym nieświadomym doświadczeniem a świadomym życiem.  Podobnie jest z rodzicielstwem – jednym z najpiękniejszych i najtrudniejszych zarazem aspektów samorealizacji człowieka.

Psychologia rozwoju człowieka w toku jego życia, tzw. psychologia „life span” zakłada, że rozwój nie kończy się z momentem osiągnięcia dojrzałości fizjologicznej. Człowiek staje wobec coraz to nowych wyzwań, kryzysów rozwojowych, dylematów, które prowadzą go do większej integralności. W koncepcji Erika Eriksona, wartości wykształcone we wcześniejszych etapach rozwoju, takie, jak: nadzieja, wola, stanowczość, kompetencja, angażowanie się w zadania i miłość, w okresie średniej dorosłości prowadzą do realizacji potrzeby produktywności, która wyraża się w trosce o innych. Część ludzi realizuje ją poprzez rodzicielstwo. W czas rodzicielstwa wchodzimy wyposażeni w cnoty z poprzednich stadiów rozwojowych. Doświadczenie nie zawsze jednak przynosi nam zasoby – czasami staje się dla nas obciążeniem i utrudnia realizację kolejnych zadań. W początkowych etapach rozwoju jesteśmy uzależnieni od jakości opieki oraz naszej relacji z opiekunem. Z różnych względów może ona być niewystarczająca i utrudniać dziecku rozwój, zamiast go wspierać. Można powiedzieć, że zawsze możemy coś zarzucić swoim rodzicom: zbytnie pochłonięcie pracą, obowiązkami domowymi, brak kontroli nad agresją, uzależnienia, oziębłość, lub emocjonalną niedostępność, czy też nadmierną lękowość. Każdy z pewnością znajdzie „kamień”, którym może rzucić w swojego rodzica, mówiąc mu „to twoja wina”. Stopniowo jednak uzyskujemy coraz więcej autonomii i po pokonaniu kryzysu tożsamościowego w okresie dorastania, jesteśmy w stanie samodzielnie sterować naszym rozwojem. Uzyskujemy za niego odpowiedzialność. I tutaj pojawiają się pytania:

„Czy można być dobrym rodzicem, jeśli jako dziecko nie zaznało się dobrej relacji ze swoimi rodzicami?”

„Czy można poradzić sobie z nierozwiązanymi zadaniami rozwojowymi z dzieciństwa?”

„Czy można nadrobić to, co wydaje się stracone?”

Odpowiedź na te pytania musi być pozytywna. W innym wypadku nie byłby możliwy dalszy rozwój, zarówno w wymiarze ontogenetycznym, jak i filogenetycznym. Każdy z nas zna te deklaracje wypowiadane najczęściej w młodym wieku:

„Nie będę, jak moja matka!”

„Nie chcę być, jak mój ojciec!”

Pokonywanie własnych zranień i ograniczeń, leczenie traumy transgeneracyjnej, nie tylko jest możliwe ale także konieczne, żeby na poziomie własnego pokolenia zatrzymać to błędne koło.

Istnieją też deklaracje rodziców:

„Chcę, żebyś miał lepsze życie niż ja!”

„Chcę, żebyś była szczęśliwsza ode mnie!”

I z doświadczenia wiem, że są one bardzo prawdziwe. Rodzice dobrze życzą swoim dzieciom, nawet jeśli nie są najlepszymi opiekunami.

Dzieci obarczone są ryzykiem stania się „pojemnikiem” na nieprzerobione trudności rodziców z okresu ich dzieciństwa. Moment pojawienia się dziecka w rodzinie przywołuje reprezentację własnej wczesnej relacji rodzice – dziecko. Lęk i niepokój opiekuna wynikający z funkcji rodzicielskiej sprawia, że jest on szczególnie otwarty na kwestie związane z własnym dzieciństwem. Jest to moment, gdy otwierają się drzwi dla „duchów z dziecięcego pokoju.” I najbardziej właściwy czas, by się z tymi duchami rozprawić.

Trudności w relacji z dzieckiem będą się uaktywniać w momentach, w których specyfika problemów rozwojowych dziecka dotykać będzie przeszłych, nierozwiązanych konfliktów rodzica.

Jeśli rodzic nie był dobrze zaopiekowany we wczesnym okresie swojego życia, jeśli reakcja na jego podstawowe potrzeby: nakarmienia, przytulenia, opieki nie zawszy były zabezpieczane, najprawdopodobniej będzie mu trudno w kontakcie z bezbronnością własnego niemowlęcia. Przyczyny trudności zafiksowanych w tym okresie, nie muszą wynikać z zaniedbań rodzicielskich. Mogą być związane z fizyczną lub emocjonalną nieobecnością związaną z chorobą, pobytem w szpitalu, czy depresją. Mogą wynikać także z wcześniactwa, czy pobytu w inkubatorze. Pojawienie się w rodzinie małego dziecka jest szczególnym momentem. Z pewnością zaburza dotychczasowy porządek i wymusza zbudowanie nowego. Jest to moment szczególnej wrażliwości rodziny: z jednej strony dużej podatności na dobrą zmianę, z drugiej jednak dużej wrażliwości. Opieka nad małym dzieckiem – osobą skrajnie zależną i nieporadną, uaktywnia w rodzicach ich osobiste doświadczenia dotyczące słabości, zależności i braku kontroli. Jeśli w toku doświadczenia życiowego rodziców jako dzieci, nie było zgody na słabość i zależność, a podstawowe potrzeby były zagrożone, słabość i nieporadność ich dziecka skonfrontuje ich z własnymi emocjami. Słabość niemowlęcia napotka na dziecięcą słabość rodziców. Niemowlę i rodzice będą się nawzajem wzmacniać w trudnych emocjach związanych z doświadczaniem zależności – lęku i złości.

Zdarza się, że trudności rodzicielskie ujawniają się szczególnie w okresie treningu czystości, kiedy dziecko manifestuje swoją niezależność i bunt. Jeśli w tym okresie rodzic będąc dzieckiem był karcony, zawstydzany lub karany za przejawy niezależności, prawdopodobnie trudno mu będzie przyjąć niezależność swojego dziecka. Będzie się ona przejawiać w codziennej walce o to, kto będzie górą. Dziecko za wszelką cenę będzie chciało podkreślić swoje niezależne jestestwo – „Nie jestem tobą!” Będzie się to wyrażać poprzez wymuszanie, krzyk, zachowania, które rodzice często nazywają histerią. Wszyscy znamy przedszkolaka, który rzuca się na podłogę, odmawia współpracy, sabotuje poranne wyjścia z domu, uparcie załatwia grubszą sprawę za fotelem. Jeśli rodzic, wiedziony własnym bolesnym doświadczeniem z tego okresu, potraktuje te zachowania jako zachętę do walki o dominację i ją podejmie, wzmocni tylko zagubienie dziecka i własne, nakręcając spiralę agresji i wstydu.

Kolejny trudny dla rodziców czas to okres edypalny, w którym rodzic i dziecko spotykają się ze swoją genitalną seksualnością. Dziecko eksploruje swoje ciało, cieszy się nim, bada. Ucieleśnia swoje emocje i doświadczenia. Uczy się intymności z samym sobą po to, by umieć ją dzielić z innymi. Testuje też swoich rodziców, zachęcając ich do wejścia w trójkąt. Buduje sojusze (najczęściej z rodzicem przeciwnej płci) i tworzy wyimaginowanych wrogów (zazwyczaj z rodzicem tej samej płci). Jest to już wyższy poziom gry i pojawiają się bardziej złożone emocje, takie, jak: zazdrość, czy zawiść. Wszystko to jednak dzieje się „na niby”, jest zabawą, testowaniem, pewną grą, która dzieje się w rodzinie. To trudne wyzwanie dla rodzica, który ma problem z własnym ciałem, seksualnością, impulsywnością i spontaniczną częścią. Może tę zabawę potraktować zbyt poważnie. I tu możliwe są dwie reakcje: odpowiedź dorosłego seksualnością dorosłą, na seksualność dziecięcą, co bliskie jest nadużyciu i uwiedzeniu, albo brak odpowiedzi, dystans, oziębłość, ignorowanie. Jakkolwiek to się potoczy, zablokuje w dziecku tę część, która związana jest z samoakceptacją i zaufaniem własnemu ciału.

I wreszcie czas dorastania, który mieści w sobie wszystkie kryzysy poprzednich okresów. W kontakcie z nastolatkiem, rodzic narażony jest na kontakt z własną kruchością, bezradnością i zależnością, jednocześnie ogromną potrzebą autonomii i niezależności – potrzebami, które wzajemnie się wykluczają i którym nie jest łatwo dogodzić. „Nienawidzę cię! Nie odchodź!” Ten, kto dobrze ma w pamięci czas własnego dojrzewania lub ma kontakt z nastolatkami, wie, o czym mowa.

 

A jak to wszystko się zaczyna? Często w gabinecie pedagoga szkolnego, psychologa lub psychoterapeuty. Kiedy rodzic przyprowadza swoje dziecko z objawami: niepokoju, zaburzeń snu, zaburzeń odżywiania, trudności w wypróżnianiem, napadami lęku, depresją, samookaleczeniami, natręctwami, itd. Objawy te najczęściej są przejawem walki dziecka o normalność, o swoją niezależność i rozwój.

A jak to się może skończyć? Terapia dziecka to tylko jeden aspekt – nie zawsze zresztą konieczny. Im młodsze dziecko, tym większa rola rodziców w procesie jego zdrowienia. Jeśli znajdzie się osoba, która będzie mogła zaopiekować się emocjami i potrzebami rodzica, rodzic będzie w stanie zaopiekować się emocjami i potrzebami dziecka. Czasem wystarczy refleksja i odwaga do przywołania trudnych wspomnień z życzliwą osobą obok. Czasem potrzebna jest terapia. A z całą pewnością przyda się życzliwość, współczucie i świadomy kontakt z samym sobą.

„Jeśli ktoś usłyszy płacz matki, wtedy ona sama jest w stanie utulić swoje dziecko”  Selma Freiberg

Posted by Anna Wąsik in rodzicielstwo, rodzina, terapia dziecka, Wspieranie rozwoju dziecka, wychowanie

„Jestem z Ciebie dumny!” – jak wspierać dzieci w okresie pandemii.

Lato ucieka, wielkimi krokami zbliża się rok szkolny. Co roku o tej porze dzielę się z rodzicami pomysłami na to, jak przygotować dzieci do powrotu do szkoły, jak wpierać ich adaptację, szczególnie do przedszkola i pierwszej klasy. W tym roku nie wiem, co napisać…

Przed nami same niewiadome. Trudno zapewnić dzieciom poczucie bezpieczeństwa i wyposażyć w uspokajającą wiedzę, kiedy my sami – dorośli, tej wiedzy nie mamy, a z poczuciem bezpieczeństwa też pewnie jest różnie.

Dorośli na różne sposoby radzą sobie z poczuciem zagrożenia i niepewności. Jedni się zamartwiają, inni zwiększają zabiegi opiekuńcze i rzucają się w wir działań, jeszcze inni popadają w apatię czy złość. I to jest w porządku – każdy z nas ma swój indywidualny sposób reagowania na trudności, zgodny z naszym temperamentem i naszą historią. Ważne, by mieć świadomość swoich reakcji i mieć nad nimi kontrolę na tyle, by nasze – dorosłe zachowania nie obciążały dzieci.

Co możemy zrobić, jak przygotować siebie i jak wspierać dzieci w tym szczególnym czasie?

Myślę, że trzeba sięgnąć do tego, co dobrze znane i zawsze aktualne:

 

Dbaj o siebie. O swój dobrostan, o dobry czas, wewnętrzny spokój, równowagę w pracy i odpoczynku, balans między byciem dla innych a byciem dla siebie. Zdobywaj potrzebną ci wiedzę, która daje poczucie bezpieczeństwa i sprawczość, szukaj wsparcia u osób życzliwych, nabywaj nowych kompetencji.

Zapraszam wszystkich rodziców, którzy mają potrzebę wzmocnienia własnych kompetencji, mądrego wsparcia swoich dzieci, nabycia nowych kompetencji i narzędzi wychowawczych, a przede wszystkim zadbania o siebie, na grupowe zajęcia „Jestem z Ciebie dumny!” Zajęcia mają charakter warsztatowy i odbywać się będą w formie online na platformie Zoom raz w tygodniu. Program obejmuje 5 spotkań. Możliwa jest także kontynuacja spotkań online, jeśli taka będzie potrzeba grupy. Zajęcia wzbogacone będą przez praktyki uważności. Czas pandemii pozwolił mi na doświadczenie spotkań terapeutycznych i szkoleniowych w formie online – zarówno w charakterze uczestnika, jak i osoby prowadzącej. I jest to dla mnie dużym zaskoczeniem, jak głębokie relacje, więzi i treści może wnieść taka forma.

Jedyne o co musisz zadbać, to spokojne miejsce i czas! Ale przecież to każdy rodzic powinien umieć, jeśli chce dobrze służyć swoim dzieciom. To będzie dobra zaprawa w dbaniu o siebie!

Zapraszam serdecznie!

Szczegóły wkrótce, a poniżej opis programu „Jestem z Ciebie dumny!”

Warsztaty dla rodziców „Jestem z Ciebie dumny”.

Warsztaty „Jestem z Ciebie dumny” wywodzą się z filozofii Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniu i odnoszą się do 15 kroków metody Kids Skills Bena Furmana. Mogą być prowadzone niezależnie lub w połączeniu z pracą nad trudnością dziecka programem „Dam radę”. Skierowany jest dla rodziców, opiekunów i wychowawców dzieci w wieku 7 -11 lat. Na warsztaty składa się pięć 2-godzinnych sesji. Sesja I koncentruje się na przeformułowaniu trudności dziecka na jego umiejętności i zasoby oraz możliwości wzmacniania  przez adekwatne komplementowanie. Na sesji II rodzice poznają swoje możliwości wpływania na dziecko i wzmacniania jego motywacji do zmiany. Sesja III nakierowana jest na budowanie sieci współpracy osób dorosłych, mających wpływ na wychowanie. Kolejne spotkanie pozwala przyjrzeć się bliżej zachowaniu dziecka, które rodzice spostrzegają jako trudne i możliwościom jego zmiany. Sesja V w 6 krokach uczy brania odpowiedzialności za swoje działania i wspierania dzieci w tym trudnym zadaniu. Cykl spotkań pozwala nabyć praktyczne umiejętności wspierania rozwoju dzieci, budowania ich pozytywnej samooceny oraz pokonywania trudności emocjonalnych i behawioralnych. Spotkania mają charakter warsztatowy i obejmują takie techniki, jak:

  • „Magiczna trójka”, czyli – jak doceniać dzieci, aby zachęcać je do dalszej zmiany?
  • „Dłoń narzekania vs. dłoń życzeń” czyli – jak wpływać na pozytywną zmianę zachowania?
  • Jak wzmacniać współpracę dzieci i rodziców?
  • „Program Dam Radę” w praktyce rodzicielskiej i wychowawczej, czyli – jak pomagać dzieciom rozwiązywać problemy?
  • „Kroki do odpowiedzialności”, czylijak reagować na niepożądane zachowania dziecka?
Posted by Anna Wąsik in Terapia Skoncentrowana na Rozwiązaniu, Wspieranie rozwoju dziecka, wychowanie

Pandemiczne relacje

W życia wędrówce, w połowie czasu,

Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi,

W głębi ciemnego znalazłem się lasu.”

Dante Alighieri

 

Ostatnie pół roku wywróciło świat do góry nogami. Pandemia ma się dobrze, wirus na dobre zadomowił się w świecie, a ludzie rozpaczliwie i uparcie starają się przywrócić dawny porządek.

Pytanie, czy powrót do świata sprzed pandemii w ogóle jest możliwy?

I nie jest to pytanie rozpaczliwe, naznaczone żalem i stratą. Jest to bardziej pytanie o to, czy nie jest to przypadkiem najwyższy czas, żeby pewne aspekty życia, do którego przywykliśmy, porzucić lub zmienić?

Myślę o tym przede wszystkim w obszarze dbania o siebie samych oraz budowania relacji z innymi.

Czas lockdownu brutalnie skonfrontował każdego z nas z sobą samym. Pozbawieni wielu aktywności, które zajmowały nam myśli i czas, mieliśmy okazję do spotkania ze sobą. Z naszymi zasobami i słabościami, z naszymi emocjami i nastrojami, wartościami i celami. Był to czas odpowiedzi na pytania:

  • Kim jestem?
  • Jaki jestem?
  • Dokąd zmierzam?
  • Co jest dla mnie ważne?
  • Czego potrzebuję, żeby czuć się szczęśliwym?

Pytania te pojawiały się zapewne także w kontekście relacji z innymi:

  • Jaką jestem żoną/partnerką?
  • Jakim jestem mężem/partnerem?
  • Jakim jestem dzieckiem dla moich rodziców?
  • Jaką jestem siostrą/bratem?
  • Jakim jestem przyjacielem?
  • Jakim jestem rodzicem – mamą i tatą?
  • Czy ważne jest dla mnie bezpieczeństwo i zdrowie moje?
  • Czy ważne jest dla mnie bezpieczeństwo i zdrowie innych, z którymi się spotykam?

To, jak odpowiadamy sobie codziennie na te pytania, warunkuje nasze emocje, działania i relacje. Także to, jak NIE odpowiadamy sobie na nie, jak ich unikamy, ma znaczenie – są to bowiem pytania, które mogą rodzić bolesne refleksje i chęć ich zlekceważenia.

Kiedy spotykam się z osobami, które przeszły zakażenie wirusem COVID – 19, słyszę, że najtrudniejszym do zniesienia objawem nie były dolegliwości fizyczne, ale poczucie utraty kontroli, skrajnej bezradności, obniżonego nastroju i poczucie utraty bezpieczeństwa. Coraz więcej mówi się o psychologicznych konsekwencjach choroby. Doświadczenie pandemii koronawirusa konfrontuje nas z naszą słabością – tą fizyczną i tą emocjonalną. Rozbraja poczucie wszechmocy, kontroli nad życiem i światem, boleśnie dotyka naszego narcyzmu.

To, czy sobie z tym poradzimy, zależy od tego czy w spowolnionym przez pandemię świecie pozwolimy sobie usłyszeć te ważne pytania dotyczące samych siebie i naszych relacji i czy podejmiemy trud odpowiedzi na nie.

Nawet jeśli oznacza to porzucenie bezpiecznej, znanej drogi

.

Posted by Anna Wąsik in Bez kategorii, 0 comments

Jak wychowywać dzieci? (bajka chińska)

Pewnego dnia do mistrza przyszli zatroskani rodzice. Mają sześcioro dzieci: trzy córki i trzech synów, i ogarnia ich coraz większy strach, czy będą w stanie wychować ich na porządnych ludzi, którzy poradziliby sobie w życiu.

Jakie przekazać im wartości? Jak postępować? Jak kształcić?

– Na te pytania nie ma jednoznacznej odpowiedzi – powiedział mistrz. – Każde z waszych dzieci wymaga innego postępowania. To, co mogę wam poradzić, to kierować się w swoich relacjach z nimi kilkoma zasadami. Przede wszystkim powinniście pamiętać, że dzieciom możecie dać, tak naprawdę, tylko dwie rzeczy: korzenie i skrzydła. Korzenie to dom, rodzina i tradycja; opieka i pomoc; poszanowanie starszych, prawość i uczciwość w najdrobniejszych sprawach; ład i porządek moralny. Korzenie dadzą dobre umocowanie, podstawy i dobre wybicie do lotu. Dadzą też pewne lądowanie i świadomość, że zawsze jest takie miejsce, gdzie można bezpiecznie spocząć. Skrzydła zaś to otwartość na świat, wielkie horyzonty i zachęty do latania. To pokazanie, że w życiu jest dla każdego miejsce na jego lot, że cokolwiek się robi, można to robić wspaniale, być w tym wielkim. Warto rozwinąć skrzydła.

 

-To piękne, co mówisz – powiedział ojciec – ale wokół nas jest wiele rodzin, które starają się postępować zgodnie z tą zasadą, a ich dzieci, mające korzenie i skrzydła, wcale nie chcą latać. Jak postępować, aby chciały je rozwinąć i latać? Przecież nie mogę tego zrobić za nie!

-Dobrze powiedziałeś – odparł mistrz. – Nie rozwiniesz za nie skrzydeł i nie polecisz. Najwięcej błędów rodziców polega właśnie na tym, że chcą to robić za własne dzieci: wybrać najlepsze miejsce do startu, zapoznać z listą zagrożeń, uchronić przed upadkiem i poranieniem skrzydeł. Relacje między wami a dziećmi powinny być takie jak między łukiem i strzałą. Łuk i cięciwa to ojciec i matka, strzała to dziecko. Strzała trafia do celu i cieszy się, że go osiągnęła. Im cel był odleglejszy, tym większa satysfakcja. Ale kto napiął łuk? Kto wymierzył? Kto uwzględni! wiejący boczny wiatr? Strzała trafiła i się cieszy. Nie pamięta, skąd wyleciała. To dobrze. Ale powiedzcie mi, kto pójdzie po nagrodę? Na ko­go spłynie splendor: na strzałę czy łucznika? Jednak każdy dobry łucznik wie, że aby strzała trafiła do celu, musi być spełniony najważniejszy warunek.

-Musi być określony cel – przerwała matka.

-Tak, ale strzała nie trafi – odparł mistrz.

-Trzeba napiąć łuk.

-Tak, ale nie trafi.

-Trzeba odpowiednio przygotować strzałę.

-Tak, ale nie trafi.

-Trzeba dokładnie wycelować.

-Tak, ale nie trafi.

Rodzice wymieniali jeszcze kilkanaście różnych warunków, a mistrz z coraz większym rozbawieniem odpowiadał swoje „nie trafi”. W końcu, gdy rodzice byli już zupełnie zrezygnowani, rzekł:

– Strzała musi opuścić łuk i cięciwę. Trzeba ją wypuścić! Rozumiecie?

Rodzice roześmieli się wraz z mistrzem.

-Masz rację. Jakie to proste. Ale w swojej rodzicielskiej miłości chcielibyśmy mieć ich blisko siebie – powiedziała matka.

-Ich czy ich serca? – przerwał mistrz.

Po dłuższej chwili milczenia i zadumy matka odpowiedziała:

– Ich serca, aby były cały czas z nami.

-Aby wasze serca mogły być blisko, wasze domy muszą stać bardzo daleko – rzekł mistrz. – I jeszcze jedno: jesteście dobrymi, troskliwymi rodzicami. Kochacie swoje dzieci. Już to, że zdajecie sobie takie pytania, o tym świadczy. Niech tak będzie zawsze. Aby tak było, nie będą potrzebne wam te zasady, tylko miłość.

„Bajki chińskie czyli 108 opowieści dziwnej treści dla dorosłych”, Zbigniew Królicki, Wydawnictwo Ravi, 2009

Posted by Anna Wąsik in rodzina, Wspieranie rozwoju dziecka, wychowanie, zdrowie psychiczne, 0 comments

Jak pandemia zmienia psychoterapię.

Mając 20 lat praktyki psychoterapeutycznej, całościowy kurs psychoterapii i mnogość pomniejszych szkoleń w tym obszarze, pozostając stale w superwizji, byłam przekonana, że wiem, jak to się robi. Jak uprawiać psychoterapię. Czułam się dość pewnie z wiedzą, doświadczeniem, narzędziami, technikami i głębokim przekonaniem, co działa. Ostatnie dwa miesiące wstrząsnęły moim psychoterapeutycznym umysłem. Po doświadczeniu dezorganizacji, wątpliwości, poczucia, że „nic nie wiem”, stopniowo zaczęło pojawiać się poczucie spokoju, kompetencji i otwartość na nowe. Doświadczenie różnych dylematów, wymusiło poszukiwanie odpowiedzi na nie.

 

Co się zmieniło?

Psychoterapia online pozostanie z nami na dłużej, a może i na zawsze. Nie tylko, jako awaryjny sposób na kontynuowanie przerwanych w sposób nienaturalny procesów, ale jako dopuszczalna praktyka, równorzędna do terapii bezpośredniej. Przekonało mnie do tego osobiste doświadczenie oraz opinie pacjentów. Zdarza się tak, że w psychoterapii zdalnej możliwa jest intymność, o którą trudno w kontakcie osobistym. Przypomina mi to stare „kozetkowe” czasy, kiedy pacjent nie miał kontaktu wzrokowego z psychoterapeutą, co pozwalało mu wejść w głębszy kontakt z samym sobą. Zdarza się, że pacjent prosi mnie o sesję bez włączonej kamery.  Zdarza się, że słyszę „dawno to chciałem powiedzieć, ale w gabinecie było trudno”. Doświadczenie głębszej, bardzo poruszającej pracy terapeutycznej jest obecnie częstym moim doświadczeniem. I dotyczy zarówno osób dorosłych, jak i młodzieży. Taki kontakt jest możliwy oczywiście tylko w silnym sojuszu terapeutycznym i zaufaniu. I dotyczy raczej pacjentów, którzy już wcześniej korzystali z kontaktu osobistego.

Czy możliwe jest nawiązanie silnej, terapeutycznej relacji wyłącznie w kontakcie online? Tego jeszcze nie wiem.

Dzięki terapii online, pacjent i terapeuta doświadczają siebie w nowej rzeczywistości. Są pacjenci, którzy bardzo chronią swój domowy świat i prowadzą sesję na tle pustej ściany, a w pomieszczeniu nic się nie dzieje. Wielu jednak pacjentów chętnie dzieli się swoją rzeczywistością – pokazuje mi swój świat, ważne miejsca, przedmioty. „Nareszcie mogę pani pokazać, jak wygląda mój pokój”. Nieodłącznym elementem „krajobrazu” terapeutycznego stają się zwierzęta, które w nosie mają autorytet psychoterapeuty i tajemnicę psychoterapii. Także ze strony terapeuty wydarzają się czasem niespodziewane sytuacje, które urealniają jego osobę. To wprowadza zdrowy dystans do procesu terapeutycznego i samego siebie.

Psychoterapia korzysta też na możliwościach technicznych platform komunikacyjnych. Dzieją się rzeczy, które niemożliwe są w gabinecie. Pacjent w czasie rzeczywistym może udostępnić mi swój rysunek, zdjęcie, coś, co go porusza. Razem możemy się temu przyglądnąć. Wspólnie możemy wyszukać jakąś informację, która na ten moment wydaje się ważna. Możemy nawet zagrać w grę. Młodzi ludzie chętnie pokazują mi swój wirtualny świat, rzeczy, które tworzą na komputerze. To wspólne dzielenie uwagi jest niezwykle intymne i ważne.

I jeszcze coś, z czym na początku było mi bardzo trudno, a teraz przyjmuję to ze spokojem, a nawet ulgą. Nie wszystko zależy ode mnie. Czasem jest słaby Internet – i to nie koniecznie po mojej stronie. Czasem zawodzi sprzęt. Dużą część odpowiedzialności za jakość kontaktu przejmuje pacjent – sam musi zadbać o intymne, odosobnione miejsce, o swoje potrzeby, wygodę. Musi pomyśleć o sobie. Jest to bardzo terapeutyczne doświadczenie – zadbać samemu o siebie, choćby w tak małym wycinku, jak miejsce i czas na psychoterapię. Mogę to oddać w ręce pacjenta, a on może  to wziąć.

Kiedy to się skończy?

Zmiana ma to do siebie, że nic już potem nie jest jak dawniej. Może być lepiej.

Posted by Anna Wąsik in terapia online, 0 comments

Dylematy psychoterapeuty online.

To już 1,5 miesiąca od kiedy wirus panoszy się w naszym życiu. Zmienia codzienność, weekendy i dni świąteczne w pogardzie mając zwyczaje, rytuały i to, co się należy. Wtargnął do naszych domów, miejsc pracy, sklepów, parków, szkół i przedszkoli, miejsc kultu. W lesie tylko podobno go nie ma, ale tam za to hula susza. Wirus zawładnął też psychoterapią i sukcesywnie, podstępnie ją zmienia.

Kiedy to wszystko dla mnie się zaczęło, a lekki smrodek wirusa wyczułam już na początku marca, zmiany nie mieściły mi się w głowie. To, co było trudne na początku, to brak podania ręki, brak bliskiego kontaktu z dziećmi w zabawie, koncentracja na dystansie, odkażanie klamek, poręczy. Ostrożność, podejrzliwość i dystans wkradły się do gabinetu. A jak wiadomo, nie jest to coś, co psychoterapii służy.

Potem konieczność zawieszenia sesji w gabinecie. W założeniu na tydzień, potem na dwa tygodnie, kolejne dwa, po Świętach, teraz do końca kwietnia. Z dużym zaznaczeniem na „czasowe”. Z jasnym przekonaniem wpajanym od lat i wypracowanym od lat, że psychoterapia online nie może się udać i jest rozwiązaniem tylko w wyjątkowych sytuacjach. Uznałam „wyjątkowość” tej sytuacji. Na szczęście wsparły mnie w tym różne szkoły psychoterapeutyczne, które stopniowo ogłaszały rekomendacje do psychoterapii online. Dostałam potwierdzenie, że można i trzeba prowadzić psychoterapię przez Internet w tym dziwnym czasie.

Potem dylemat – jak przekonać pacjentów do terapii online, kiedy ja nie mam do niej przekonania?

„Spróbujmy. Dla mnie to też jest nowe. Zróbmy spotkanie próbne – w każdym momencie możemy je zakończyć i powiedzieć sobie – „to się nie uda”, „to nie dla mnie”.

Wszyscy, którzy zdecydowali się na kontakt psychoterapeutyczny online – pozostali.

I kolejne ważne dylematy –

Jak zabezpieczyć intymność spotkania? Jak dbać o potrzeby pacjenta za ekranem? W gabinecie ja dbam o atmosferę miejsca, jego wygodę, intymność, bezpieczeństwo. Decyduję kiedy i kto narusza naszą przestrzeń. Zabezpieczam chusteczki. Zasłaniam żaluzje zewnętrzne, zamykam drzwi, wygłuszam pomieszczenie muzyką. Proponuję czas i przestrzeń do samoregulacji po spotkaniu, tak, żeby do świata wyjść ze spokojnym ciałem i twarzą. W terapii online pacjent sam musi o siebie zadbać. Terapeuta może podpowiedzieć, jak to zrobić, ale musi zaufać i oddać troskę o siebie pacjentowi. Jest to szczególnie ważne w przypadku dzieci i młodych ludzi, o których potrzeby muszą zadbać rodzice. W moim odczuciu, jest to największy problem w psychoterapii online – bliskość świata terapii i świata domu. Trudność zarówno dla pacjenta, jak i terapeuty. Terapeuta w toku szkoleń i doświadczenia własnego uczy się przenosić z jednego świata do drugiego, szczelnie zamykając drzwi. Przenosi się ze świata terapii, do własnej realności, ale także ze świata jednej sesji terapeutycznej w kolejną. Dla mnie to już 20 lat praktykowania. Dla moich pacjentów to dopiero początek. Większość młodych ludzi, którzy nie zdecydowali się na kontynuowanie psychoterapii w formie online, podało właśnie ten powód. „Nie mogę w domu zabezpieczyć sobie intymnego miejsca”, „Ciągle na kogoś wchodzę”, „Ciągle ktoś wchodzi mi do pokoju”, „Będą mnie podsłuchiwać”.

Dylematów ciąg dalszy –

Jaką platformę do kontaktów wybrać? Jak zabezpieczać sesje online? Dbać o dane wrażliwe, realizować politykę RODO?

To, na szczęście mój dylemat. Jak dotąd, nikt z pacjentów nie miał do tego zastrzeżeń i wątpliwości. Informuję o różnych możliwościach kontaktu – od rozmowy telefonicznej (jako ostateczność), poprzez ogólnie dostępne media, do kontaktu na specjalistycznych platformach.  To kolejne miejsce na decyzję pacjenta. Wydaje mi się ważniejsze od zasad, żeby pacjent czuł się swobodnie, bezpiecznie i pozostawał w znanym technologicznie środowisku. Obserwuję, że wśród licznych niepożądanych towarzyszy, koronawirus przywlókł ze sobą „stres technologiczny” – nauczycielom, rodzicom, lekarzom, uczniom. Nie ma potrzeby nadmiernie obciążać nim dodatkowo psychoterapii. W tym aspekcie ciągle się doskonalimy, uczymy, sprawdzamy. Wierzę, że wypracujemy dobre rozwiązania.

I najważniejszy dylemat –

Kiedy to się skończy?

Posted by Anna Wąsik in terapia online, 0 comments